Zrozumieć kota (się nie da, ale  próbować warto)

Czy kota da się zrozumieć? Do końca zapewne nie. Można jednak nauczyć się patrzeć na świat jego oczami. A to już bardzo dużo.

Kot nie jest małym psem

To zdanie brzmi banalnie, dopóki nie próbujemy założyć kotu szelek, zawołać go do nogi albo wytłumaczyć, że kanapa kosztowała kilka tysięcy i naprawdę nie służy do drapania.

Pies przez tysiące lat był selekcjonowany do współpracy z człowiekiem. Kot, mówiąc delikatnie, został, by człowiekowi towarzyszyć na własnych warunkach. Nie oznacza to, że jest niewdzięczny, złośliwy albo niemożliwy do wychowania. Oznacza to tylko, że przed wykonaniem polecenia zwykle przeprowadza się analizę kosztów i korzyści. Co będę z tego miał? Czy nagroda jest wystarczająco atrakcyjna? Czy naprawdę muszę? A może człowiek sam podejdzie?

W interpretowaniu kocich zachowań najwięcej szkody wyrządza przypisywanie zwierzęciu ludzkich intencji. Kot nie siusia na łóżko „z zemsty”, nie drapie fotela „na złość”, nie budzi opiekuna o piątej rano dlatego, że pragnie zniszczyć mu życie zawodowe. Zachowanie zawsze pełni jakąś funkcję. Może wynikać z bólu, lęku, frustracji, nudy, niedoboru zasobów albo z faktu, że piąta rano jest – z punktu widzenia drapieżnika – całkiem rozsądną porą rozpoczęcia dnia.

Zanim zapytamy „dlaczego?”, sprawdźmy, czy nic nie boli

Nagła zmiana zachowania powinna najpierw skierować nasze myśli ku zdrowiu. Kot, który staje się drażliwy, unika dotyku, atakuje drugie zwierzę albo zaczyna korzystać z miejsc innych niż kuweta, może po prostu odczuwać ból lub dyskomfort.

Złotą zasadą pracy behawioralnej jest więc „oczyszczenie terenu”: zanim zaczniemy przebudowywać mieszkanie i analizować dzieciństwo kota, warto wykonać odpowiednie badania i skonsultować zwierzę z lekarzem weterynarii. Zdrowie i zachowanie nie są dwiema odrębnymi szufladami. Stres może nasilać problemy zdrowotne, ból zwiększa poziom stresu, a w środku tego błędnego koła siedzi kot, którego człowiek oskarża o złośliwość.

Mieszkanie to nie mieszkanie. To terytorium

My widzimy salon, kuchnię i przedpokój. Kot widzi punkty obserwacyjne, kryjówki, szlaki komunikacyjne, miejsca odpoczynku, żerowania i ewentualnej ucieczki. Parapet nie jest parapetem – jest wieżą strażniczą. Karton nie jest śmieciem – jest bezpiecznym bunkrem. A człowiek? Człowiek bywa najcenniejszym zasobem w domu: źródłem jedzenia, ciepła, zabawy i atencji.

Problemy zaczynają się wtedy, gdy zasobów jest za mało albo zostały źle rozmieszczone. Jedna kuweta schowana w miejscu, do którego drugi kot może zablokować drogę. Jedna miska. Jeden wygodny parapet. Jeden opiekun i dwa koty przekonane, że należy on wyłącznie do nich.

Dlatego w domach wielokocich warto zasoby multiplikować i rozdzielać przestrzennie. Chodzi nie tylko o miski, kuwety i legowiska, lecz także o uwagę człowieka. Każdy kot powinien mieć możliwość wycofania się, odpoczynku i kontaktu z opiekunem bez konieczności rywalizacji. Koty powinny spotykać się wtedy, gdy tego chcą – nie dlatego, że jedyna droga do toalety prowadzi obok śpiącego przeciwnika.

W salonie nadal mieszka drapieżnik

Kot może jeść z porcelanowej miseczki, spać pod kocem i nosić imię zaczerpnięte z literatury fantasy. Nadal jednak pozostaje drapieżnikiem.

Polowanie ma określoną strukturę: namierzenie, obserwacja, podkradanie, pościg, pochwycenie i –  ostatecznie – zjedzenie zdobyczy. Domowa zabawa powinna ten łańcuch możliwie wiernie odtwarzać. Wędka ma uciekać jak ofiara, czasami znikać, czasami dać się złapać. Finałem powinno być realne pochwycenie zabawki i niewielki posiłek lub smakołyk.

Dlatego laser, choć efektowny, jest narzędziem wątpliwym. Kot goni, poluje i angażuje wszystkie systemy łowieckie, ale niczego nie chwyta. Polowanie pozostaje niedomknięte, a pobudzenie może zamienić się we frustrację. Znacznie lepiej sprawdzą się wędki, myszki, zabawki do gryzienia i kopania czy nawet kulka zrobiona ze starych skarpet. Nie wszystko, co dobre dla kota, musi kosztować połowę wypłaty.

Dobrze też pamiętać, że kot jest krótkodystansowcem. Trzy pięciominutowe zabawy mogą przynieść więcej korzyści niż jedna piętnastominutowa sesja, podczas której po dziesięciu minutach bawi się już tylko człowiek.

Kota można szkolić. Tylko po co krzyczeć?

Kot potrafi nauczyć się siadania, aportowania, dotykania targetu, chodzenia w szelkach, wchodzenia do transportera czy spokojnego podawania łapy podczas zabiegów. Trzeba jednak pracować małymi krokami, nagradzać sukcesy i nie podnosić wymagań zbyt szybko.

Gdy kot traci zainteresowanie, nie oznacza to, że jest głupi albo uparty. Być może zadanie jest za trudne, otoczenie zbyt rozpraszające, a nagroda marna. Warto wtedy obniżyć wymagania, skrócić sesję lub zmienić sposób nagradzania. Każde ćwiczenie dobrze jest zakończyć sukcesem – nawet niewielkim. Niestety ma to także konsekwencje: kot, który polubił szkolenie, może już zawsze domagać się kolejnych zajęć. Nie ma powrotu do czasów lenistwa.

Próba zrozumienia jest ważniejsza niż pewność

Rozumienie kota nie polega na czytaniu mu w myślach. Polega na obserwowaniu kontekstu, dostrzeganiu potrzeb i powstrzymywaniu się od zbyt łatwych ocen. Zamiast pytać: „Dlaczego on mi to robi?”, lepiej zapytać: „Co próbuje w ten sposób osiągnąć albo czego uniknąć?”.

Pełnego tłumaczenia z kociego na ludzki prawdopodobnie nigdy nie stworzymy. Możemy jednak nauczyć się słuchać uważniej: patrzeć na uszy, ogon, napięcie ciała, sposób poruszania się i wybierane miejsca. Możemy organizować przestrzeń tak, by kot miał poczucie bezpieczeństwa i wpływu na własne życie. A potem pozostaje już tylko pogodzić się z tym, że właśnie zasnął na naszych nogach.

Nie ruszamy się. Przecież nie będziemy przeszkadzać kotu.